O świcie, gdy pierwsze złote promienie słońca nieśmiało przebijały się przez poranną mgłę, Ola i Wiktor stanęli pośród falujących pasm Pienin. Powietrze było rześkie, ziemia chłodna od rosy, a wśród porannych promieni unosiły się delikatne nici babiego lata, jakby sama natura tkała opowieść o miłości i tęsknocie. Wszystko było jak ze snu – nierealne, efemeryczne, ulotne.
W tej porannej ciszy, gdzie czas zdawał się zwalniać, każdy gest nabierał znaczenia. Ola i Wiktor stali pośrodku tego krajobrazu, jakby wyjęci z innej epoki, z kart zapomnianej powieści. Ona – w lekkiej sukience, której skrawki unosił poranny wiatr, on – zapatrzony w nią jak w jedyny punkt pewny w zmieniającym się świecie. Byli młodzi, wolni, beztroscy, a ich miłość miała w sobie coś nieskrępowanego, coś dzikiego jak same góry.
Biegli przez wysoką trawę, trzymając się za ręce, śmiejąc się jak dzieci, które nigdy nie zaznały ciężaru świata. Ich kroki były lekkie, a ślady niknęły w rosie – jakby sam czas nie chciał ich zatrzymywać, jakby wszystko miało trwać tylko przez chwilę, tylko do momentu, gdy mgła się rozwieje, a dzień nabierze ostrości. Nie musieli nic mówić. W ich ciszy było wszystko – wszystkie obietnice, wszystkie niewypowiedziane słowa, cała ta młodzieńcza pewność, że świat jest ich i że nigdy się nie zmieni.
Oni dwoje, zagubieni w krajobrazie jak z XIX-wiecznej powieści, jak para kochanków, których historia nie potrzebuje słów – tylko spojrzeń, uścisków, porywów serca. A góry milcząco przyglądały się tej miłości, wciąż tak młodej, a już tak ponadczasowej.
Gdy słońce w końcu wzniosło się wyżej, a świat nabrał ostrości, Ola i Wiktor wciąż stali tam, na skraju poranka i dnia, trzymając się za ręce. Jak bohaterowie historii, która nigdy się nie skończy – choć może tylko w tych kilku kadrach, zamkniętych między wschodem słońca a pierwszym podmuchem jesieni.