Zmierzch powoli otulał Wyżynę Olkuską miękkim, złocistym światłem. Słońce, jakby nie chcąc jeszcze odejść, rzucało ostatnie ciepłe promienie na wapienne skały i rozległe bezdroża. W tej scenerii, pośród natury, byli oni—Wiktoria i Filip—dwoje zakochanych, których śmiech brzmiał jak najpiękniejsza melodia wieczoru.
Ona patrzyła na niego z czułością, jakby chciała zatrzymać w oczach każdą jego minę, każdy gest. On muskał opuszkami palców jej policzek, lekko, jakby dotykał czegoś najcenniejszego. Ale zaraz potem uciekał, rozbawiony, by znów do niej wrócić, by złapać ją za rękę i porwać do tańca pośród traw i kamieni. Tańczyli jak dzieci, nieskrępowani, radośni, w pełni zanurzeni w tej chwili. Ich miłość była lekka jak wiatr, swobodna jak przestrzeń wokół nich, prawdziwa jak bicie serc, które wybijały wspólny rytm.
Zmrok otulił krajobraz, gasząc kolory dnia, ale ich blask nie przygasł. Wapienne skały wynurzały się z ciemności jak cisi świadkowie ich miłości, a nad nimi lśnił księżyc, jakby sam chciał oświetlić ich wspólną drogę. W tym świetle, w tej ciszy, zostali już tylko oni—wpatrzeni w siebie, z sercami bijącymi jednym rytmem, w świecie, który na ten moment należał tylko do nich.