Są takie chwile, w których człowiek przestaje być dzielny. Nie dlatego, że nie potrafi już powstrzymać łez, ale dlatego, że nie chce ich powstrzymywać. Wiktoria płakała, zanim jeszcze stanęła przed Stasiem. Szła ku niemu przez pałacowy ogród, a on czekał, aż wreszcie spojrzą na siebie tak, jak patrzy się na kogoś, na kogo czekało się może całe życie. Potem płakali już niemal wszyscy. Nad jeziorem, wśród drzew i starych murów, w popołudniowym świetle, słowa przysięgi i życzenia mieszały się ze śmiechem, ze wzruszeniem, z tym wszystkim, czego nie da się powiedzieć, choćby człowiek bardzo chciał. A potem dzień toczył się już własnym rytmem. Nikt nie musiał go pilnować ani układać na nowo. Były uściski, śmiech przez łzy, tańce i spojrzenia, w których wciąż wracało coś z tamtej pierwszej chwili w ogrodzie. Jezioro pozostawało na swoim miejscu, pałac rzucał długi cień, a oni byli po prostu razem. I może właśnie to zapamiętuje się najdłużej — nie to, jak wyglądał dzień, ale jak się w nim było.