Niektóre spotkania od początku mają w sobie coś z opowieści, której jeszcze nie znamy zakończenia. Tak było z Klaudią i Grzegorzem. Swoją sesję narzeczeńską chcieli potraktować jak mały film – nie taki, w którym wszystko jest idealnie wyreżyserowane, ale taki, w którym najważniejsze są spojrzenia, gesty i chwile, które dzieją się pomiędzy słowami. Tłem dla tej historii stała się Willa Decjusza w Krakowie – miejsce pełne starych ścian, cichego światła i śladów ludzi, którzy kiedyś również tworzyli tam własne historie.
Od początku było widać, że Klaudia i Grzegorz niosą w sobie dwa różne światy, które pięknie się uzupełniają. Ona – lekka, dziewczęca, pełna ruchu i radości, jakby każda chwila była dla niej powodem do uśmiechu. On – spokojniejszy, uważny, będący obok z tą cichą obecnością, która daje poczucie bezpieczeństwa. Nie musieli niczego udowadniać. Wystarczyło, że byli razem.
Przechadzaliśmy się po starych pokojach Willi, zatrzymywaliśmy przy oknach, schodach i zakamarkach, które za każdym razem podpowiadały kolejne kadry. Każde miejsce miało swój nastrój, ale to oni nadawali mu znaczenie. Bo przecież nawet najpiękniejsze wnętrza pozostają tylko przestrzenią, dopóki nie pojawi się w nich człowiek ze swoją historią.
Ta sesja przypomniała nam, że fotografia nie zatrzymuje tylko obrazu. Zatrzymuje sposób, w jaki ktoś patrzył na drugą osobę w danym momencie życia. A może właśnie dlatego niektóre zdjęcia zostają z nami na dłużej – bo po latach nie widzimy już miejsca ani światła. Widzimy siebie takimi, jakimi byliśmy wtedy, kiedy jeszcze wszystko było przed nami.